body {scrollbar-face-color: #000000; scrollbar-highlight-color: #000000; scrollbar-3dlight-color: #000000; scrollbar-shadow-color: #cc6600; scrollbar-darkshadow-color: #000000; scrollbar-track-color: #000000; scrollbar-arrow-color: #cc6600}
Nie każdy może się pochwalić takim tatą
Od autorki:
Pomysł na powstanie tego opowiadania pojawił się ze dwa lata temu. Wtedy to rozrysowałam sobie wszystko i opisałam. I to by było na tyle. Odnalasłszy ostatnio moje stare opowiadania, postanowiłam wrócić do pisania. To opowiadanie, mimo że nie jest go na razie wcale dużo, cenię sobie bardzo. Planuję z niego stworzyć coś naprawdę wielkiego. Zobaczymy, czy się uda.
Zbuduję Imperium.
Prośbę o powiadamianie proszę wpisywać do księgi gości.
Gwendel stał nad rzeką Binae, patrząc w zamyśleniu przed siebie. Przez niespełna dwieście lat jego matka zbywała go zawsze, ilekroć tylko chciał się dowiedzieć, kim był jego ojciec. Ktoś szlachetny, mawiała, dumny i dzielny. Ciężko jest znaleźć kogoś takiego, choć Elfowie dbają o swoje dzieci. Twój jednak przerastał ich pod każdym względem. To był koniec rozmowy. Nic więcej nigdy nie powiedziała.
Nie pisnęła ani słówkiem aż do teraz. Czemu właśnie teraz? Przyszła do syna i po prostu spytała, czy nie przejdzie się z nim. Przez dwadzieścia minut wprowadzała go do tego, co chciała mu wyjawić. Opowiadała o centaurach, o tym, że jest wyjątkowy, oraz że są w całym Tintale istoty takie, jak on, i wcale nie jest ich mało.
- Mój kochany Gwendelfie. - Przystanęła, spoglądając na niego oczami, w których widać było poczucie winy. - Bardzo cię kocham. Jesteś kimś najlepszym, kogo mi życie podarowało. Czasy się zmieniają. Ty też to czujesz, prawda? Coś jest inaczej. Nawet my, Elfowie, nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego. Nasze Quewerlen jest bezpieczne do momentu, w którym wszyscy się nie poddadzą. Nie powinieneś tu zostać... - Głos jej się załamał. - Quewerlen nie jest dobrym miejscem dla ciebie w tych czasach. Tak samo jak dla pozostałych dzieci Czarodziejów.
Dzieci Czarodziejów... Te słowa stale pulsowały mu w głowie.
- Centaury nas nigdy nie zawiodły - dodała jego matka, łapiąc syna za rękę. - Wiem, że przeczuwałeś, że prawda może być niesamowita. Miałam nadzieję, że przedwcześnie nie będę musiała ci jej zdradzać. Myślę, że teraz jest ku temu najlepszy czas. Musisz się oswoić z tą wiedzą, przemyśleć pewne kwestie. Jest jeszcze czas.
Ucałowała go w czoło i odeszła. Tak, jak go zostawiła, tak stał cały czas. Owszem, czytał o Czarodziejach, o ich skłonnościach do wielbienia panien każdej rasy. Czy pojawiła się kiedykolwiek w jego głowie myśl, że on może być właśnie efektem skłonności Maga do Elfki? Oczywiście, że tak. Szybko jednak pozbywał się tej myśli. Uważał swoją matkę za kogoś szlachetnego i dumnego, myślał, że jego ojciec - Elf - zmarł w wyniku ran; warto bowiem wiedzieć, że zdarzały się przypadki, kiedy to przedstawiciel jego rodu postanowił wyruszyć w podróż, w której to napotkał niebezpieczne stworzenie bądź miejsce. Ponadto nigdy nie odczuł, aby ktokolwiek traktował go inaczej ze względu na brak ojca.
Będzie musiał porzucić cudowne życie w Quewerlen, gdzie panuje spokój, ład i harmonia, gdzie wszystkiego jest pod dostatkiem, gdzie każdy jest szczęśliwy. Uznał, że nie warto robić czegokolwiek pochopnie, choć bardzo chciał zniknąć stąd, choćby na parę dni. Nie, to niczego nie rozwiąże.
Postanowił wrócić do Tibis, uznawanego za centrum Quewerlen, w którym to podejmowano najważniejsze decyzje dotyczące całego kraju. To miejsce zamieszkiwało także najwięcej Elfów z Quewerlen - warto bowiem wiedzieć, że Elfowie podróżowali po całym Tintale, osiadając niemalże w każdej jego części. Dla każdego jednak z nich ojczyzną był kraj, którego stolica to Tibis.
W zasadzie to nie wiedział, czego się spodziewał. Ciekawskich spojrzeń? Podszeptywania na jego widok? Wskazywania go palcem? Chyba właśnie tego. Kiedy wrócił do Tibis, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Prawdopodobnie myślał, że jak on wie, to wszyscy się od razu dowiedzą. Czuł się, jakby miał na czole wypiętnowane słowa: Jestem tylko pół-Elfem. Co więcej, nie wyróżniał się niczym od pozostałych, choć mieszance powinny, prawda? Gdzie cechy Czarodzieja?
Przypomniał sobie, co o takich przypadkach zostało napisane. Otóż, żadne dziecko Czarodzieja nie dziedziczyło żadnych zewnętrznych cech po ojcu. Mogło się to jedynie objawić zdolnościami magicznymi, które nie musiały się ujawniać w przeciągu całego życia. Tak na dobrą sprawę to jeszcze u nikogo tak się nie stało. Wniosek z tego taki, że to wszystko mogą być bajki. Skąd pomysł o ujawnianiu się zdolności magicznych, chociaż nie było żadnych przypadków tego? Zwykły domysł. Tak samo jak z wybrańcami...
Gwendel skarcił siebie w myślach. Kocha matkę i ufa jej, mimo że tak długo zatajała przed nim prawdę. Nigdy nie dostrzegł w jej oczach zła czy obłudy - czasami pojawiał się w nich tylko ból.
Zatrzymał się w miejscu.
- Będziesz musiał opuścić Quewerlen - dopiero teraz dotarły do niego te słowa. Nie, nie bał się wędrówek po Tintale. On zwyczajnie kocha to miejsce. Będzie zmuszony do pożegnania się z łagodną ścianą górską, która słoni Tibis od wschodu, z jego wodospadem i lasem, z jego pięknym mostem, dzielącym stronę północną i południową miasta. Opuści to marmurowe miasto, ostoję spokoju, gdzie o każdej porze dnia i nocy słychać cudowne śpiewy Elfów. Zostawi rodzinę i przyjaciół, ukochany las, w którym to pierwszy raz zbliżył się z Ireth...
Uznał, że nie ma czasu na rozpacz. Ona nigdy nikomu nie pomogła, a kiedy przyjdzie czas na tęsknotę, to wtedy będzie się o to martwić. Teraz pora na lepsze zapoznanie się z własną dolą.
######
- Moja najdroższa Ireth - powiedział Gwendel. - Nie zapomniałaś jeszcze tego miejsca?
Znajdowali się w lesie na jego polance, gdzie po zachodniej stronie było małe oczko wodne, nad którym drzewa utworzyły śliczną koronę. Nie wiedzieli, czy ktoś poza nimi też tu przychodził, jedno jest pewne - nigdy nikogo tu nie zastali.
- Jakże mogłabym zapomnieć! - Ireth pobiegła do przodu, oglądając się za Gwendelem. On ruszył powolnym krokiem, jakby czuł ogromny ciężar na ramionach. Będąc tutaj, chciał jednocześnie skakać z radości, jak i płakać z bezsilności.
Kiedy podszedł, ona siedziała na kamieniu przed wodą, zapatrzona przed siebie. Spomiędzy drzew przedzierał się księżyc, rzucając na tę postać delikatną poświatę. Jakaż ona jest piękna! Nic dziwnego, że się w niej zakochał. Oczarowała go już pierwszym spojrzeniem. Przy bliższym spotkaniu, wręcz onieśmieliła swoją inteligencją. Z fascynacji przerodziła się głęboka miłość.
Gwendel kucnął przed nią. Złapał jej w twarz w swoje dłonie i ucałował jej usta.
- Jak ja bym chciał być tym, za kogo mnie uważasz - szepnął. - Chciałbym móc być zawsze przy tobie.
Ireth milczała. Spoglądała tylko na niego swoimi zielonymi oczami, w których widać było spokój.
- Czytaliśmy kiedyś „O dziejach Tintale”. Pamiętasz? Był tam fragment o Czarodziejach. O ich skłonnościach do kochania wszystkich kobiet. Każdej rasy. Jeden z nich najwyraźniej trafił na moją rodzicielkę...
Ireth dalej milczała, jednak jej oczy zaszkliły się.
- Nie bardzo wiem, jakie to może mieć znaczenie. Boję się, że nie będę mógł tu zostać. Boję się bardzo, że cię stracę, kochana Ireth.
Elfka uśmiechnęła się przez łzy, łapiąc Gwendela za rękę.
- Nie stracisz mnie. Co by się nie działo, jestem twoja.
Gwendel szybko uniósł wzrok. Chciał coś takiego usłyszeć, a jednocześnie wiedział, że nie powinien skazywać jej na samotność.
- Nie wiesz, o czym mówisz. Nawet Elfowie umierają. Dzisiaj poczytałem więcej na ten temat - przerwał na moment, by usiąść obok niej na kamieniu. - Wedle legendy, takich osób jak ja jest dużo. Nie będziemy mogli stać bezczynnie, kiedy nad całym Tintale pojawi się groza. Będziemy musieli wyruszyć... Nie bardzo wiem gdzie, ani kiedy. Dowiemy się o tym w jakiś sposób, którego na razie też jeszcze nie znam. Nikt tego nie wie. Nie muszę wierzyć w te legendy, prawda? Ale wydaje mi się, że może być w nich cień prawdy. Lepiej być przygotowanym na nadejście czegoś niespodziewanego, choć jak można się na to przygotować?
- Niczego się nie obawiaj. - Ireth podeszła do wody. Odwróciła głowę w kierunku Elfa i wyciągnęła ku niemu rękę. - Wszystkie twoje lęki są niesłuszne.
######
Minęło osiem dni od momentu, w którym Gwendel dowiedział się od swojej matki prawdy. Przez ten czas jego życie nie zmieniło się, lecz to były tylko pozory. Rzadziej się uśmiechał, w jego myślach zaś częściej gościło widmo grozy. Wiedział, że coś może się w każdej chwili stać. Był przygotowany na to, jednakże odczuwał lekki stres z tym związany.
Dnia dziewiątego w końcu coś się stało.
Do Tibis przybył Czarodziej.
Gwendel siedział wtedy w swojej komnacie, wertując kolejne księgi. Usłyszał krótką fanfarę, jaką zwykło się witać zasłużonych gości, zmęczonych już życiem, aby ostatnie swe dni mogli spędzić w najcudowniejszym miejscu na świecie. Wyszedł na taras, aby móc zobaczyć, kto teraz zawitał do Tibis. Ujrzał, jak w oddali zamykana jest pozłacana brama, chroniącą wejścia do tego miasta.
- Zawsze lubiłeś patrzeć, kto pojawia się wśród nas. - Matka oparła się o balustradę, także wyczekując na gościa.
Na dziedzińcu pojawił się Ihrandir, najstarszy i najmądrzejszy z Elfów z całego Quewerlen. Zawsze to on witał przybysza, prowadząc go do najcudowniejszej komnaty i zapoznając z Tibis.
Matka Gwendela westchnęła przeciągle. Elf spojrzał na nią, lecz ta próbowała nie dać po sobie nic poznać.
Na dziedzińcu pojawił się gość. Nie był to żaden możny władca, choć wydawał się być bardziej dostojny niż którykolwiek z nich. Patrząc na niego, miało się wrażenie, że bije od niego mądrość, a także, że dźwiga na barkach ogromny ciężar zmartwień. Był to starzec o długiej brodzie, na sobie miał brązowy płaszcz podróżny, a w dłoni dzierżył laskę. Jego koń stąpał powoli, jakby chcąc się jak najlepiej pokazać wśród tutejszych.
Przybysz spoglądał na Tibis i jego mieszkańców, lecz sposób, w jaki to robił, wydawał się aż nad wyraz uprzejmy. W pewnym momencie podniósł swoje oczy na Gwendela, patrząc nań dłużej niż na resztę. Po chwili przeniósł wzrok na stojącą po jego prawicy Elfkę, i w tym momencie zmarszczki na jego czole wygładziły się, dając wyraz nieopisanej uldze. Gwendel spojrzał na matkę. Widząc zatroskanie i żal na jej twarzy, wszystko stało się dla niego jasne.
- Witaj, mój drogi Eldefie. - Ihrandir rozstawił ręce w geście powitania, na jego twarzy zaś zagościł uśmiech. - Dawno nie gościłeś w Tibis.
Czarodziej zeskoczył z konia, od razu zaś jeden z Elfów odprowadził go na łąkę, na której pasły się tutejsze wierzchowce.
- Stęskniłem się za wami wszystkimi - odparł Eldef, idąc razem z Ihrandirem do komnaty. - Poza tym... - Mag ściszył głos. - Jest coś, o czym nie wiecie.
Elf spojrzał uważnie na przybysza. Postanowił, że lepiej poczekać z rozmową do momentu, aż będą sami, wobec czego całą drogę przebyli w milczeniu.
- Rozgość się - powiedział Ihrandir, kiedy znaleźli się już na miejscu. - Musisz być zmęczony, skorzystaj najpierw...
- Czuję się świetnie. Usiądź obok mnie, później skorzystam z waszej gościnności.
Elf usiadł, cierpliwie czekając na wiadomość od starca.
- Razem z pięcioma moimi rodakami jeździmy po całym Tintale, aby przekazać wszystkim to, co się stało przed paroma miesiącami. Pasmen przestało istnieć, a przynajmniej jego mieszkańcy nie są już tym, kim byli wcześniej. Mureni stali się bezmyślnymi pionkami w grze. Z wulkanu Fariza wypełzło zło, o którym byliśmy przestrzegani. Udało nam się dowiedzieć tylko, jak ono siebie zwie: Kolekcjoner Umysłów. Wiele nas to kosztowało. Zobaczyliśmy także, jak teraz wygląda Pasmen... Ihrandirze, w najśmielszych snach się tego nie spodziewaliśmy. Mimo że była to jedynie wizja, wiemy, że to wszystko to prawda. Postanowiliśmy udać się pod granicę Pasmen. Nie jest to już to samo. Niebo jest szare, wszędzie unosi się pył, roślinność więdnieje. Nie ujrzeliśmy tam żadnego Murena, spodziewam się, że gromadzą się wokół mentora. Nie wiadomo, ile mamy czasu. Na razie zło nie wychodzi poza granice Pasmen, jednak w każdej chwili może się to zmienić.
Czarodziej zamilkł. Elf patrzył na gościa zatroskanym wzrokiem.
- Czego od nas oczekujecie?
- Na razie jeszcze niczego. Możliwe jednak, że ktoś z was będzie bardzo potrzebny. Na razie musicie po prostu zwiększyć ostrożność i czekać na dalsze informacje. - Eldef wręczył niewielki medalion Ihrandirowi. - Trzymaj go zawsze przy sobie. W razie niebezpieczeństwa on was ostrzeże.
Elf położył przedmiot na najbliższym stoliku.
- Wszyscy już wiedzą?
- Emineril zapewne na dniach dotrze do Eoas. Niestety, Nopei nie mamy jak ostrzec. - Eldef odetchnął głęboko. - Byłem tam. Nikt mnie nawet nie zauważył. Oni są zamknięci na zewnętrzny świat. Dlatego właśnie najbardziej się o nich martwię. Są najłatwiejszym łupem dla grozy z Pasmen.
######
Nopea.
Jest to państwo zamieszkane tylko i wyłącznie przez ludzką rasę. Jest najmłodszym krajem ze wszystkich znajdujących się na terenie Tintale, stworzono je bowiem niecałe pięćset lat temu. Za Założyciela uznaje się Berga Kouila, zamieszkującego wcześniej Cemę. Miał on dosyć innych ludów i ras, nie potrafił znieść tej „inności” i „nienormalnych mocy”, dla niego inni niż on byli odrażający i wręcz ich nienawidził, wobec czego udał się na południowy wschód. Po drodze spotkał paru Ludzi, którzy podzielali jego poglądy. Znalazłszy odpowiednie miejsce, osiedlili się tam. Z czasem napływały do Nopei Ludzie z całego Tintale, którzy, tak jak sam założyciel, akceptowali jedynie swoją rasę. Młode państwo się rozrastało.
Tym Ludziom żyło się całkiem nieźle. Mieli to, czego chcieli - spokój, normalność. Brak magii, brak dziwności, brak żywiołów, brak inaczej wyglądających istot, które myślały, że zjadły rozum całego świata. O, tak. Nienawidzili innych, niestety, na ich zgubę. Początkowo pojawiali się tam przedstawiciele poszczególnych ras - czy to Murenów, czy Vahakamów, czy nawet Magów, lecz byli oni wypędzani. Z relacji jednego z nich wynika, że kiedy tam się pojawił, został zwyczajnie niezauważony. NIKT go nie dostrzegł. Nie było to udawanie ze strony tamtejszych Ludzi - mieszkańcy Nopei doprowadzili do tego, że przestali zauważać inne rasy, choćby stały łokieć od ich nosów.
W tym przypadku zadziałała prastara magia, o której istnieniu wiedzieli jedynie Magowie. Nazywa się ona: „Życzenie”. Jeśli określona liczba osób będzie w tym samym momencie wypowiadała swoją wolę, to się ona wypełni. Po pewnym czasie stało się tak z każdym mieszkańcem Nopei.
Właśnie to doprowadziło do ich zguby. W momencie wielkiego zagrożenia, nie mogli być ostrzeżeni przed nadchodzącą grozą, bowiem okazała się ona silniejsza od magii „Życzenia”. Kolekcjoner Umysłów nie potrzebował Ludzi; chciał się po prostu zabawić. Wybił ich co do jednego.